Przepis na marketing internetowy

W świecie są ludzie, którzy wiedzą „nic o wszystkim” (coś jak menadżerowie) oraz ci, którzy wiedzą „wszystko o niczym” (specjaliści). Spoiwem między tymi dwoma zwalczającymi się ;) grupami mogą być różne rzeczy, w tym standaryzacja, o której dzisiaj słów kilka.

Do standaryzacji przekonałem się parę lat temu, gdy w jednej z korporacji tworzyliśmy – niemalże od zera – marketing internetowy. Umysły zacne, kreatywne, ale w pewnym momencie zbyt często padało w naszym gronie „nie wiem”.

Myślałem, myślałem i doszedłem do wniosku, że – oprócz oczywistego czynnika: branży, w której działamy – problemem jest nieustrukturyzowana wiedza i rzadkie wymienianie się nią. Postawiłem na standaryzację, jako tzw. low hanging fruit. Spisaliśmy więc (w kilku iteracjach) sposób, w jaki pracujemy, co miało w kolejnych miesiącach wiele zalet.

Historia fajna, ale żebyś mógł wynieść coś z mojej nauki – poniżej 3 najważniejsze wg mnie rzeczy dotyczące standaryzacji pracy marketera internetowego:

  1. Uporządkowana wiedza pozwala w krótszym czasie zebrać informacje potrzebne do podjęcia decyzji. Przez 20 dni w miesiącu nie przyda Ci się to, ale 21 dnia (kampania i różne takie, takie) – będzie jak znalazł.
  2. Zadawanie sobie pytań, jakie padają w trakcie standaryzacji, pozwala bardzo dobrze ocenić, gdzie jesteś jako ty / zespół, w szczególności jak konkurencyjny jesteś. Dzięki temu łatwiej jest uzupełniać dziury w: edukacji, procesach, zasobach etc.
  3. Wreszcie, kwestia psychologiczna: lepiej pracuje się z osobami, które są przekonane do rzeczy, o których mówią, bo mają je poukładane. Tak samo reaguje twój klient czy szef.

Osobiście namawiam!

PS
Widziałem sporo i mogę powiedzieć, że branżunia poukładana nie jest – a wcale, a wcale ;) Jeśli miałbym jednak wymienić choć jedną firmę, którą warto pod tym kątem podglądać, to poleciłbym Divante. Podziwiam, jak Panowie organizują się w pracy, lubię też czytać fragmenty ich bloga, w których poruszają kwestie zarządzania.

Zdjęcie: https://flic.kr/p/97pNGh